• System Informacji Przestrzennej
  • Rozkład jazdy BUS
  • Szlak Jagielloński
  • Facebook
  • Biuletyn Informacji Publicznej
  • Powiatowe Centrum Informacji
  • Lokalna Grupa Działania
  • Uniwersytet Dziecięcy

Kurier Lubelski, Bełżyce - pępek świata, ludzie i miejsca

Maria Walczak-Gruner Prezes towarzystwa regionalnego Bełżyc
Ewa Czerwińska: Niejedno¬krotnie słyszałam określenie: fujara bełżycka. Kto to taki? Pytani o to na początku roz¬mowy, żeby mieć tę chyba nie¬zbyt miłą kwestię z głowy... Maria Walczak-Gruner, prezes Towarzystwa Regionalnego Bełżyc: Dlaczego niemiłą? Oczywiście, przede wszystkim to określenie kojarzy się z kimś niezaradnym, z taką ofiarą losu. Czyli pejoratywnie. Do dziś ta latka pokutuje. Od siedemnaste¬go wieku zresztą. Ale z drugiej strony w tym samym czasie beł-życzanie uważali, że świat bez Bełżyc nie może istnieć. Bo to był dla nich pępek świata! I to są dwa skrajne wyjaśnienia. Ale też istnieje jeszcze inna wer-sja, którą opowiadał mi bełżycza-nin, zacny dr Stanisław Wójto-wicz. Fujarę ponoć ukuto w cza¬sach, kiedy Bełżyce miały przy¬wilej składu. Każdy, kto wędro¬wał traktem królewskim z Kra¬kowa do Wilna, musiał zatrzy¬mywać się w Bełżycach i wykła¬dać towary. Blisko rynku stała karczma. W niej to każdy przy¬jezdny zamawiał zsiadłe mleko. A to mleko podawano właśnie w naczyniu przypominającym kształtem fujarę. Jeszcze inni uważają, że fujara bełżycka koja¬rzy się z wytwórnią fujarek, która miała mieścić się nad rzeczką Krężniczanką. Kwestia fujary bełżyckiej znajdzie swoje miejsce w publikacji, którą wła¬śnie przygotowujemy do druku. To plon cyklu spotkań ze znako¬mitymi historykami z UMCS i KUL. Książka o naszym mie¬ście wyjdzie niebawem. To pierwsza publikacja z inicjaty¬wy towarzystwa. Kiedy skrzyknęli się regionali¬ści z Bełżyc?
W roku 1967, w rocznicę 550-le-cia miasteczka. Towarzystwo utworzyliśmy razem z nieżyją¬cym już dziś dr. Stanisławem Wójtowiczem. Nie było wów¬czas atmosfery dla takich spo¬łecznych przedsięwzięć, ale nam się udało. Więc widzi pani, że z tymi fujarami bełżyckimi coś jest nie tak. W dodatku Beł¬życe mogą się pochwalić oświa¬tą w czasie reformacji. Tu był prężny ośrodek ruchu kalwiń¬skiego i ariańskiego. Nieopodal, w Wojciechowie można oglą¬dać wieżę ariańską. W latach 60. byłam kierownikiem domu kultury w Bełżycach. Sprowa¬dzałam najlepsze polskie zespo¬ły: Czerwono-Czarnych, Czer¬wone Gitary, Czesława Nieme¬na i wielu innych idoli. Nasza młodzież była szczęśliwa. Ja jed¬nak za największy sukces uwa¬żam wizytę w Bełżycach pani Mieczysławy Ćwiklińskiej. Pa¬miętam, że jednocześnie zorga¬nizowałam konkurs dla mie¬szkańców na najładniejsze kwiaty doniczkowe. Całe piętro domu kultury tonęło w kwia¬tach, a wśród nich mówiła do nas legenda polskiego kina. Wówczas niemal dziewięćdzie¬sięcioletnia pani nie używała okularów i miała dobry słuch. Gościli także u nas znani dzien¬nikarze, korespondenci zagra¬niczni, pisarze, aktorzy.
Bełżyce nie były zapyziałą pro¬wincją.
W żaden sposób. Tu przyjeżdżał wielki świat. Pomogło nam po¬łożenie - tylko dwadzieścia pięć kilometrów od Lublina. Wtedy inaczej uczestniczyło się w kulturze niż dziś. Tradycyj¬nie. Wieczór poezji, koncert, spotkanie z ciekawym człowie¬kiem. Fakt, nie było tak po¬wszechnej telewizji z tyloma programami. A dziś każdy ma mały dom kultury w domu. Odeszłam z pracy w 1973 roku i wtedy też przestało działać to¬warzystwo.
Co się stało?
W Komitecie Centralnym partii zdecydowano, że trzeba wymie¬nić kierownictwo placówek kul¬turalnych w terenie. A kierow¬nikami byli ludzie wywodzący się z tamtych środowisk, dosko¬nale je znający, zakorzenieni. W Warszawie postanowiono, żeby się ich pozbyć, bo za dużo wiedzieli. A kultura była ważna dla ówczesnych prominentów. Dlatego między innymi ja, z dnia na dzień, dostałam wy¬mówienie z pracy. Na otarcie łez dali mi etat w sanatorium w Nałęczowie, zostałam kie¬rownikiem zakładu usług kultu¬ralnych uzdrowiska. W 1978 ro¬ku przyjmowałam jako pierw¬sza w Europie, jeszcze wtedy za żelazną kurtyną, zespoły ame¬rykańskie. Patronowała temu organizacja założona przez Eisenhowera - Friendship Ambasadors. Za to otrzymałam klu¬cze honorowe do dwóch miast amerykańskich: Kansas City i Bay City. Pamiętam, jak zała¬twiałam gościom coca-colę przez gees... W 1978 roku sama pojechałam do Stanów.
No tak, mając już te klucze...
Oh, kochana, pani nie pamięta, że trzeba było jeszcze mieć pa¬szport! Ja najpierw dostałam wizę, paszport musiałam wy¬chodzić. Dlaczego wyjechałam? Czasy trudne. Było mi za cia¬sno. Mając pensję wyższą niż średnia krajowa, mogłam kupić w sklepie musztardę i ocet. I wyjechałam z kraju z jedną walizką. Na lotnisku w Stanach mam się przesiadać, a tu jeden wyraz tylko znam: thank you. I w kieszeni mam pięć dolarów.
Ale dała Pani radę. Mimo trudności znalazłam ba¬gaż i się przesiadłam. W Sta¬nach spędziłam dwadzieścia lat. Wyszłam za mąż, pomagałam budować kościół polski w sta¬nie Michigan, przewodniczy¬łam Towarzystwu Przyjaciół Chrystusowców, poznałam nie¬zwykłego księdza Zdzisława Peszkowskiego, dziś kapelana Rodzin Katyńskich. Rosłam przy nim. Pracował w Orchard Lakę w stanie Michigan. Miał świetnie kazania. To wielka kar¬ta historii.
Amerykanie także stowarzy¬szają się, żeby społecznie dzia¬łać?
Oni skupiają się wokół parafii, niezależnie od tego, czy to kato¬licy, protestanci, prawosławni czy Żydzi. Świątynia jest dla nich centrum. Z tym miejscem się utożsamiają. Chętnie coś ro¬bią społecznie. Ale mają inną mentalność niż my. My już od rana, kiedy wstajemy, dźwiga¬my worek kartofli na plecach. Już narzekamy. Już coś nam się nie podoba. A oni są od rana happy. Miałam do czynienia z organizacjami, między innymi kombatantów. Poznałam fanta¬stycznych ludzi. Ta praca mnie ubogaciła.
Największe amerykańskie zdziwienie?
Kiedy na początku mojego tam pobytu weszłam do supermar¬ketu. Pomyślałam: O Boże, żeby tak moja mama z koleżankami mogła tu choć raz zrobić zaku¬py! Po dwudziestu latach wróci¬liśmy z mężem do kraju. Nic po¬za amerykańskim niebem nas w Stanach nie trzymało, a w Polsce zmieniło się wiele.
No to i towarzystwo wróciło do Bełżyc.
Nie tak od razu. Dopiero, kiedy mój kolega Bogdan Czuryszkiewicz został burmistrzem." Ra¬zem z nim i Grzegorzem Widelskim, obecnym przewodniczą¬cym Rady Miejskiej, doszliśmy do wniosku, że trzeba koniecz¬nie wrócić do tej formy. Wspierał nas ogromnie ksiądz prałat Czesław Przech, pro¬boszcz tutejszej parafii. To on w czasie, gdy nie działało towa¬rzystwo, był duszą wszystkich bełżyckich przedsięwzięć kultu¬ralnych. A kiedy już reaktywo¬waliśmy towarzystwo, przy¬szedł pomysł, żeby spisać dzieje naszego miasta. Wskrzesiliśmy pamięć o wspaniałych posta- towarzystwa. ciach: braciach Słotwińskich, którzy zapisali się w walce o niepodległość, Władysławie Tatarkiewiczu, który ożenił się z wnuczką państwa Brzeziń¬skich, właścicieli Bełżyc Jaku¬bie ibn Nachmanie, tutejszym lekarzu i jego koledze po fachu dr Józefie Klarnerze, który zgi¬nął w Katyniu... I wielu innych. Tu na elekcji wybrano na króla Polski Kazimierza Jagiellończyka. Tu w 1417 roku poił konie w drodze do Wilna Władysław Jagiełło. W tym samym roku nadał Bełżycom prawa miej¬skie.
Wielka historia zaglądała do Bełżyc. Było też miasteczko za¬głębiem wszelakiego rzemiosła. Tu pracowali kołodzieje, mura¬rze, szewcy, szynkarze, pieka¬rze, sukiennicy, rymarze, stel¬machowie, garncarze, blacha¬rze, krawcy, faryniarze - czyli masarze... Nie ma święta w Bełżycach bez bełżyckiej kaszanki do dziś. Bełżyczanin umie han¬dlować. Proszę przyjechać we wtorki, na jarmark...
Co zostało z tamtych lat? Dobra pamięć. I nas by nie by¬ło, gdyby nie nasi przodkowie i tutejsza tradycja. Dziś już nie jesteśmy gniazdem rzemieślni¬ków, nie uprawiamy też ziemi, choć jest dobrej klasy. Bełżyce nie są też miasteczkiem prze¬mysłowym - istnieje tu jedyny zakład produkcyjny Spomasz. Przed nami nowe wyzwanie: wykorzystać to, co mamy pod ziemią. Gorące źródła. Co zo¬stało, pani pyta? Żyją ludzie, którzy łączą tamte lata z tera¬źniejszością. To między inny¬mi Nimrod Ariav, syn pani Szmulowej, która miała przed wojną w Bełżycach sklep te¬kstylny. Pan Nimrod przyjeż¬dża do Bełżyc co roku. Przy¬wozi ze sobą całe wycieczki... FOT. EC, ARCHIWUM RADY MIEJSKIE/ BEŁŻYC
podzielił społeczeństwa. Pogodził różne
BEZ KOMPLEKSÓW
Bogdan Czuryszkiewicz burmistrz
Dziś sporym wyzwaniem dla nas jest wykorzystanie źródeł geotermalnych. Odkryto je m.in. pod Bełżycami. Trzy kilometry pod ziemią znajdują się złoża o temperatu¬rze 100 stopni. Odwierty już są na terenie gminy. Po rozmowach z prof. Kozłowskim z Politechniki Krakowskiej jesteśmy pewni, że moż¬na te złoża wykorzystać. Zaprosiliśmy Duńczyków, którzy pomogli nam przygotować projekt wykorzystania funduszy norweskich. Złożyliśmy dokumenty i czekamy. Dzięki tym funduszom powstałoby też środkowoeuropejskie centrum wykorzystania energii odnawial¬nej, w którym edukowalibyśmy także naszych sąsiadów: Litwinów, Ukraińców... Źródła ogrzewałyby mieszkania. Dostałoby pracę ok. 800 osób. Mamy konkurentów - te gorące złoża leżą także pod Celejowem i Nałęczowem.
Grzegorz Widelski przewodniczący Rady Miejskiej:
Mamy piękny kryty basen i halę sportową. Dzięki niewielkiej odległości z Lublina, mogą z tych obiektów korzystać także lublinianie. To nas bardzo cieszy. Hala jest zajęta od rana do nocy. Odbywają się w niej m.in. mistrzostwa w piłce halowej. Przyjeżdżają liczni goście. Zbudowaliśmy pomnik upamiętniający tych, którzy oddali życie za ojczyznę. Ten pomnik nie podzielił społeczeństwa. Pogodził różne środowiska, bo nie zaglądaliśmy w życiorysy: kto był w AK, a kto u lu¬dowców... Najważniejsze, ze walczył za Polskę. Oddał za nią swoją mło¬dość. Bełżyce mają też świetną imprezę: Polski Festiwal Koni. Przez trzy dni można podziwiać najpiękniejsze konie, również te z bełżyckiej stadniny.
 

Gości online

Naszą witrynę przegląda teraz 174 gości 
  • Dziennik Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej
  • Monitor Polski Dziennik Urzędowy Rzeczypospolitej Polskiej
  • Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej
  • Powiatowe Centrum Informacyjne
  • Mikroporady
  • Proekob
  •  Miasto i biznes
Free business joomla templates